Panie Jezu Chryste, Ty który przeszedłeś przez bramę śmierci, aby ją dla nas otworzyć na życie — przyjdź do mnie w mojej ostatniej godzinie.

Wyznaję Ci dziś to, czego często nie mam odwagi wypowiedzieć: boję się umierać. Boję się bólu, boję się samotności, boję się tego, czego nie znam. Ale bardziej jeszcze boję się stanąć przed Tobą z pustymi rękami — z życiem, które mogło być pełniejsze, z miłością, która mogła być większa, z przebaczeniem, którego nie umiałem dać.

Dlatego proszę Cię już teraz — nie czekając na ostatni dzień — oczyść moje serce z tego wszystkiego, co mnie od Ciebie oddala. Daj mi łaskę pojednania z tymi, którym wyrządziłem krzywdę, i siłę przebaczenia tym, którzy skrzywdzili mnie. Niech nic między nami nie pozostanie niedomówione, gdy przyjdzie czas odejścia.

Święty Józefie, który odchodziłeś z tego świata w obecności Jezusa i Maryi — Ty wiesz, jak umierać bez lęku. Nie dlatego, że śmierć nie była prawdziwa, ale dlatego, że prawdziwsza była Miłość, która Cię otaczała. Wyproś mi tę samą łaskę: abym w ostatniej chwili nie był sam, nawet jeśli przy moim łóżku nie będzie nikogo z ludzi.

Maryjo, Matko, która stałaś pod krzyżem Syna — Ty wiesz, czym jest śmierć tego, kogo się kocha. Bądź przy mnie, gdy będę umierał, tak jak byłaś przy Nim. Nie odwracaj ode mnie swoich oczu, nawet jeśli moje życie nie było takie, jakie powinno być.

Proszę Cię, Panie, o łaskę sakramentów świętych przed śmiercią — o spowiedź, która oczyści, o namaszczenie, które umocni, o Komunię, która będzie pokarmem na drogę do Ciebie. Ale jeśli z jakiegoś powodu nie będę mógł ich przyjąć — ufam, że Twoje miłosierdzie jest większe niż wszystkie sakramenty, bo to z niego one wypływają.

Aniele Stróżu, towarzyszu mojego życia — bądź przy mnie w godzinie śmierci i przeprowadź moją duszę przez ciemność do światła. Nie pozwól, by cokolwiek mnie oddzieliło od Tego, który mnie stworzył i odkupił.

Jezu, Maryjo, Józefie — w Wasze ręce oddaję moją duszę. Nie tylko w godzinie śmierci, ale już teraz. Nie tylko wtedy, gdy będę musiał, ale dziś, gdy jeszcze mogę wybierać. Przyjmijcie mnie takiego, jaki jestem — z moimi grzechami i moją nadzieją, z moim lękiem i moją ufnością.

I kiedy przyjdzie ten dzień — niech ostatnim słowem na moich ustach będzie Twoje imię, Jezu. A pierwszym słowem w wieczności — Twoje: Wejdź do radości Pana swego.

Amen.


ROZWAŻANIE O ŚMIERCI

O tym, o czym nie chcemy myśleć

Jest w nas dziwny opór przed myśleniem o śmierci. Żyjemy tak, jakby nas nie dotyczyła — jakby była wypadkiem przy pracy życia, a nie jego naturalnym dopełnieniem. Przesuwamy ją na margines świadomości, mówimy o niej szeptem albo wcale, a kiedy już musimy — używamy słów-zasłon: odszedł, zasnął, nie ma go już z nami. Jakbyśmy się bali, że nazwanie rzeczy po imieniu sprawi, że stanie się bardziej realna.

A przecież jest już realna. Jest najbardziej realną rzeczą w naszym życiu — jedyną, co do której mamy absolutną pewność. Wszystko inne może się zdarzyć lub nie: możemy się zakochać lub nie, możemy odnieść sukces lub ponieść porażkę, możemy doczekać się dzieci lub pozostać sami. Ale umrzemy. To jedyna pewność, jaką mamy.

I może właśnie dlatego tak trudno nam o niej myśleć. Bo pewność tej jednej rzeczy podważa pozorną pewność wszystkiego innego.

Śmierć jako nauczycielka

Ojcowie pustyni — ci pierwsi mnisi, którzy w III i IV wieku odchodzili na egipską pustynię, żeby tam szukać Boga — mieli zwyczaj trzymać w swoich celach czaszkę. Nie z makabrii ani z chorobliwej fascynacji śmiercią, ale z realizmu. Nazywali to memento mori — pamiętaj, że umrzesz.

Dla nich czaszka nie była symbolem rozpaczy, ale wolności. Bo człowiek, który naprawdę pamięta, że umrze, przestaje się bać rzeczy, które nie są warte lęku. Przestaje się gniewać o drobiazgi. Przestaje gromadzić to, czego nie zdąży użyć. Przestaje odkładać na jutro miłość, którą mógł okazać dzisiaj.

Śmierć, paradoksalnie, uczy nas żyć. Uczy nas, co jest ważne, a co tylko udaje, że jest ważne. Uczy nas, że czas jest darem, a nie własnością. Uczy nas, że relacje są cenniejsze niż rzeczy, a przebaczenie cenniejsze niż racja.

Święty Benedykt w swojej Regule zalecał mnichom, żeby codziennie mieli przed oczami śmierć. Nie po to, żeby żyli w strachu, ale po to, żeby żyli w prawdzie. Bo tylko człowiek, który zna swój kres, może naprawdę docenić drogę.

Czego naprawdę się boimy

Kiedy mówimy, że boimy się śmierci, często nie mówimy całej prawdy. Bo śmierć sama w sobie — ten jeden moment przejścia — jest czymś, czego nie doświadczymy świadomie. Jak pisał Epikur: kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma; kiedy śmierć jest, nas już nie ma.

Czego więc naprawdę się boimy?

Boimy się bólu. Cierpienia fizycznego, które może poprzedzić śmierć. Ale współczesna medycyna potrafi łagodzić ból — i możemy prosić Boga o to, żeby nasze odchodzenie nie było naznaczone zbędnym cierpieniem, a jednocześnie ufać, że nawet jeśli będzie trudne, On będzie przy nas.

Boimy się samotności. Boimy się, że umrzemy sami, w szpitalnej sali, wśród obcych ludzi lub zupełnie bez ludzi. Ale chrześcijanin nigdy nie umiera sam. Nawet jeśli przy jego łóżku nie stoi żadna ludzka istota, stoi przy nim Ten, który sam przeszedł przez śmierć. Stoi Matka, która nie opuściła Syna pod krzyżem. Stoi Anioł Stróż, który towarzyszył nam przez całe życie.

Boimy się tego, co będzie potem. Sądu. Rozliczenia. Konfrontacji z prawdą o nas samych. I ten lęk jest zdrowy — bo mobilizuje nas do życia w prawdzie. Ale nie może przerodzić się w rozpacz, bo rozpacz jest zaprzeczeniem Ewangelii. Bóg, który posłał Syna, żeby nas zbawić, nie czeka na nas z wyrokiem potępiającym, ale z otwartymi ramionami. Sąd będzie sprawiedliwy — ale sprawiedliwość Boga jest przeniknięta miłosierdziem.

Boimy się też — i może tego najbardziej — że nasze życie było na darmo. Że nie zdążyliśmy zrobić tego, co mieliśmy zrobić. Że nie kochaliśmy tak, jak mogliśmy kochać. Że zmarnowaliśmy czas, który został nam dany.

Na ten lęk jest tylko jedna odpowiedź: nawrócenie. Nie jutro, nie za rok, nie przed śmiercią — ale dziś. Teraz. W tej chwili, gdy czytasz te słowa. Bo dziś jest jedynym czasem, który naprawdę posiadamy.

Śmierć świętego Józefa

Tradycja nazywa świętego Józefa patronem dobrej śmierci. Ewangelia nie opisuje jego odejścia — milczy o nim, tak jak milczy o większości jego życia. Ale pobożność chrześcijańska, wyobraźnia wiary, przez wieki kontemplowała tę scenę.

Józef umiera w domu w Nazarecie. Przy jego łóżku siedzi Maryja — ta, którą wziął do siebie, choć nie rozumiał tajemnicy, którą nosiła. Przy jego łóżku siedzi Jezus — ten, którego wychowywał, choć wiedział, że nie jest Jego prawdziwym Ojcem.

Józef nie umiera sam. Umiera otoczony miłością.

Ale co ważniejsze — Józef nie umiera z lękiem. Całe jego życie było ćwiczeniem w zawierzeniu. Kiedy anioł powiedział mu we śnie, żeby wziął do siebie Maryję — zawierzył. Kiedy kazał mu uciekać do Egiptu — zawierzył. Kiedy kazał mu wrócić — zawierzył. Józef nie rozumiał planów Boga, ale ufał, że Bóg wie, co robi.

I teraz, w godzinie śmierci, ta ufność osiąga swoją pełnię. Józef oddaje życie Temu, który je dał. Oddaje spokojnie, bez szarpaniny, bez desperackiego czepiania się tego, co przemija.

To jest dobra śmierć: nie śmierć bez bólu, nie śmierć w otoczeniu tłumu bliskich, nie śmierć w sędziwym wieku — ale śmierć w zawierzeniu. Śmierć człowieka, który wie, w czyich rękach składa swoją duszę.

O przygotowaniu, które jest życiem – Jak przygotować się na dobrą śmierć?

Pobożność ludowa zna wiele praktyk: nowenny, nabożeństwa pierwszych piątków, modlitwy za konających. I są one dobre — są pomocą dla naszej słabości, są przypomnieniem, są ćwiczeniem ufności.

Ale najlepszym przygotowaniem na dobrą śmierć jest dobre życie.

Nie życie idealne — bo takie nie istnieje. Nie życie bez grzechu — bo takiego życia, oprócz Chrystusa i Maryi, nie przeżył nikt. Ale życie, w którym wracamy do Boga po każdym upadku. Życie, w którym przepraszamy i przebaczamy. Życie, w którym staramy się kochać, nawet jeśli nam nie wychodzi.

Święta Teresa z Lisieux mówiła, że nie chodzi o to, żeby nie upadać, ale o to, żeby po każdym upadku wstawać. Że nawet nasze grzechy mogą stać się okazją do doświadczenia miłosierdzia — jeśli tylko z nimi do Boga wracamy.

Dobre przygotowanie do śmierci to regularna spowiedź — nie z lęku przed piekłem, ale z pragnienia czystego serca. To Eucharystia — bo ten, kto karmi się Ciałem Chrystusa, nosi w sobie zadatek zmartwychwstania. To modlitwa — codzienna rozmowa z Tym, do którego idziemy. To miłosierdzie wobec innych — bo czym będziemy mierzeni, jeśli nie miłością?

I jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko mówimy: pojednanie. Nie tylko z Bogiem — w sakramencie pokuty. Ale z ludźmi. Z tymi, którym wyrządziliśmy krzywdę. Z tymi, którzy skrzywdzili nas.

Umierać z nienawiścią w sercu — to umierać źle. Umierać z niewypowiedzianym przepraszam, z niewypowiedzianym przebaczam, z niewypowiedzianym kocham cię — to umierać niedokończenie.

Dlatego nie czekaj. Zadzwoń do tego, z którym się pokłóciłeś. Napisz do tej, którą zraniłeś. Powiedz przepraszam teraz, gdy możesz — bo może przyjść dzień, kiedy już nie będziesz mógł.

Śmierć jako spotkanie ze Stwórcą

Chrześcijaństwo zna prawdę, którą świat próbuje zapomnieć: śmierć nie jest końcem. Jest przejściem. Jest bramą.

Ale bramą do czego?

Świat oferuje nam różne odpowiedzi. Nicość — mówią jedni. Reinkarnacja — mówią inni. Rozpłynięcie się w kosmicznej energii — mówią jeszcze inni.

Chrześcijaństwo mówi co innego. Mówi: spotkanie.

Śmierć jest spotkaniem z Osobą. Z Kimś, nie z czymś. Z Tym, który nas stworzył, odkupił i umiłował. Z Tym, który zna nas lepiej niż my sami siebie znamy — i mimo to nas kocha.

To dlatego chrześcijanin może patrzeć na śmierć bez rozpaczy. Nie bez powagi — bo śmierć jest poważna. Nie bez bólu — bo rozstanie z bliskimi boli. Ale bez rozpaczy.

Bo rozpacz jest dla tych, którzy idą w nicość. A my idziemy do Domu.

Słowo ostatnie dla wiernych o śmierci

Módl się o dobrą śmierć. Módl się za siebie, módl się za swoich bliskich, módl się za tych, którzy dziś umierają — w szpitalach, w hospicjach, na ulicach, w samotności.

Ale módl się też o dobre życie. Bo życie i śmierć nie są od siebie oddzielone murem. Śmierć jest owocem życia — takim, jakie było.

I pamiętaj: Bóg jest miłosierny. Bardziej miłosierny, niż potrafisz sobie wyobrazić. Większy niż twoje grzechy. Większy niż twój lęk. Większy niż twoja śmierć.

W Jego rękach jesteś bezpieczny.

Teraz i w godzinę śmierci.

Amen.

Pomódl się także:
Modlitwa o Błogosławieństwo domu
Modlitwa za alkoholika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nasze aktualności